wtorek, 20 listopada 2012

01x18



Patrzyłam na niego jak głupia. Jaka podróż? Jaka wyprawa?
-No nie patrz się tak na mnie. Podejrzewam, że wiem kto może nam pomóc. Jest taka czarownica w Mystic. Może go zlokalizować i go znajdziemy. – zmieszał się Saltzman.
-Jaka czarownica? – spytałam go zaskoczona.
-Nazywa się bodajże Nadia. Jest potomkinią Szarapovych. Posiada ogromne moce. Damon ją także zna. – wyjaśnił mi.
-Ale…co ze Stefanem? – zasypałam go pytaniami, na które mi cierpliwie odpowiadał. Gdy już wszystko mi wyjaśnił, na odchodnym powiedział:
-Radzę zaopatrzyć się w kołki, tojad i srebro na wilkołaki. Nie wiadomo kogo spotkamy po drodze. – i wyszedł. Po jego wyjściu długo się namyślałam. Spojrzałam w lustro. Widziałam tylko zwyczajną nastolatkę, która teraz miała zaciśnięte w linię usta. Dotknęłam mojego naszyjnika. Dostałam go od Stefana dawno temu. Czemu go nie ściągnęłam? Przecież byłam z Damonem. Może to z przyzwyczajenia. Dobra, koniec użalania się nad sobą. Czas wziąć się za siebie. Zeszłam na dół w poszukiwaniu jakiś kołków. W końcu znalazłam je w szufladzie w kuchni. Spakowałam je do plecaka. Rozejrzałam się. Tojadu raczej w domu to nie mieli. Srebro gdzieś powinno być. Po usilnych poszukiwaniach nigdzie tego nie znalazłam. Wzięłam plecak i wyszłam z rezydencji. Nadal lał deszcz więc wzięłam samochód stojący w garażu. Był to czarny, terenowy mercedes. W sumie należał do mnie (dostałam go od Damona na urodziny), ale z niego nie korzystałam. Ale czas to zmienić. Rzuciłam plecak na przednie siedzenie i zasiadłam z kierownicę. Miałam nadzieję, że pamiętam jak się prowadzi. Uruchomiłam silnik i wyjechałam. Po kilkunastu minutach dojechałam przed mój drugi dom. Wyłaczyłam silnik i wyskoczyłam z samochodu.
-Jesteś gotowa? – spytał mnie Alaric, zamykając drzwi na klucz. Przy nim to czułam się jak gówniara.
-Jeszcze się pytasz. –prychnęłam.
-Oj, nie gniewaj się. Tak po prostu pytam, bo martwię się o Ciebie. Widzę jak to przeżywasz….Musi ci na nim bardzo zależeć? – Ric spojrzał mi w oczy. Poczułam się beznadziejnie. Kopnęłam kamyk leżący na chodniku.
-Nawet nie wiesz jak bardzo…- wyszeptałam i odwróciłam wzrok.
-Dobra, czeka nas kilka godzin jazdy, więc chodź. – otworzył mi drzwiczki pasażera. Szybko wskoczyłam i już po chwili jechaliśmy drogami Falls Church. Trochę było nudno, więc wzięłam pierwszą płytę z brzegu. Trafiłam na „Cherry Pie” zespołu Sandy Mouche (który nawiasem mówiąc był jednym z moich ulubionych zespołów). Z radia popłynęły łagodne dźwięki:
„Kiss me, Kiss me, Kiss me Just one one time….Before I wake up place your lips on mine….I love you Cherry Pie, common now cheri, Cherry Pie….”
Przymknęłam oczy i odwróciłam twarz, aby Alaric nie zobaczył napływających do moich oczu łez. Przygryzłam paznokieć. Milczeliśmy przez całą drogę. Nastawał już zmierzch. Słońce chowało się za horyzontem, zostawiając ślad w postaci pomarańczowej smugi na niebie. Chmury przybrały barwę lekko fioletową. Alaric w skupieniu prowadził mój samochód. Moje oczy zaczęły się kleić, gdy poczułam gwałtowne szarpnięcie i wyleciałam przez przednią szybę. Wylądowałam na drodze. Samochód z Alarickiem nie przedstawiał fajnego widok. Spod maski wydobywał się dym. Moją głowę zdominował piekielny ból. Chciałam się za nią chwycić, lecz moje ręce leżały jak sparaliżowane. Poczułam jak moje ciało oblewa ciepła, lepka i morka ciecz. To była moja własna krew. Czując jej zapach, zachciało mi się wymiotować. Przekręciłam się na bok i z jękiem usiłowałam wstać. Bolała mnie nie tylko głowa, ale jak się okazało także moje całe ciało. Ruszyłam chwiejnym krokiem w stronę rozbitego samochodu. Otworzyłam z pewnym trudem drzwiczki. Alaric siedział nieprzytomny, oparty o kierownicę. Z jego czoła sączyła się krew.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz